Wstyd
Grudzień 8, 2011
Jedynym sposobem uniknięcia kompletnej kompromitacji jest mówienie o swojej głupocie tak lekko jak o rzeczy naturalnej. Zwłaszcza, jeśli ma się w tej kwestii zatrważająco dużo do powiedzenia. Gdyby się nad tym głębiej zastanowić, to aż niewiarygodne, ile mam na bani rzeczy wartych ukrycia. Może po prostu część swoich wspomnień zmyśliłam, kierując się niezrozumiałą satysfakcją czerpaną z umniejszania swojej wartości?
Urodziłam się bardzo wszędobylska, ciekawska i życzliwa. Mieszkanie w pierwszych latach życia w akademiku rodziców pomnożyło moje przyrodzone zdolności interpersonalne i językowe. Chociaż słownictwo, które ochoczo podrzucali mi studenci, a ja pojętnie podchwytywałam trąciło mocno kuchenną łaciną. Nie było oczywiście mowy o tym, by jakakolwiek impreza odbyła się bez mojego udziału. Już jako roczna kobitka poznałam swoją pierwszą miłość – Przemka, który miał największą plastikową brykę w akademiku (nazywanym częściej Siedlcami) i całował się ze mną pod gaśnicą. I to bezwstydnie tuż przed obiektywem aparatu, którym mama cykała nam fotki. Także tego, nawet gdybym chciała, nie ukryję. Są dowody, które zresztą pewnie będą jeszcze wykorzystane przeciwko mnie, kiedy trzeba będzie zmontować tradycyjne intro do DVD z filmem z niedoczekanego ślubu.
Potrafiłam bez pardonu grzebać w torbie współpasażerki z pociągu, rozkazywać “Ej, ty! Przesuń się tam!” i nonszalancko wtrążolić na jej oczach ulubioną szminkę, zanim zdążyła się zorientować, co się dzieje. Ceniłam kuchnię mojej babci (no, może poza krupnikiem, ale to przyszło z czasem) na tyle, że nie widziałam niczego zdrożnego w zapraszaniu przygodnie spotkanych ludzi na obiad. Niejednokrotnie przysporzyłam tym problemu mamusi, bo co i rusz jakiś fagas wykorzystywał moją rozrzutną grzeczność jako dobry pretekst na podryw.
Dopiero szkoła ukróciła tę rezolutną wylewność. A może i to, że ojciec jakoś na stałe zniknął z horyzontu. Mamusia powiedziała raz, że jak nie będę grzeczna, to odda mnie do domu dziecka. Ten rzucony zupełnie mimochodem głupi komentarz zmienił moje ówczesne życie w koszmar. Bałam się, że naprawdę jestem tak niemożliwa, że tata nie chce mnie oglądać częściej niż raz na dwa tygodnie, a więc zaraz mnie wywiozą w jakieś obce miejsce, do obcych ludzi. Zaczęłam się moczyć w nocy z tego strachu. Im donośniej mamusia wrzeszczała, im więcej płakała, im więcej obrażała, tym bardziej się bałam i – co wydaje się naturalną konsekwencją – sikałam do łóżka nawet kilka razy jednej nocy. Fruwające prześcieradła, na które nagle zwiększyło się zapotrzebowanie, uosabiały moje rosnące poczucie winy. Byłam całkowicie zrozpaczona i wtedy… obejrzałam reklamę podpasek. W latach 90. jeszcze wacianych, ale już superchłonnych. Olśniło mnie, że w ubikacji leżą takie same. Nic prostszego tylko założyć sobie taką podpaskę. Jakie było moje zdziwienie, kiedy znowu obudził mnie znajomy wrzask. Tyle, że tym razem było jeszcze gorzej. W trakcie przebierania usłyszałam też parę niekoniecznie miłych słów na temat swoich durnych pomysłów.
Miesiące mijały, a ja ciągle stacjonowałam w domu. To mnie chyba trochę uspokoiło, bo pewnej pierwszej od dawna suchej nocy nawet przyśniło mi się coś ładnego. Niestety, rodzice mieli ze mną jeszcze jeden problem.
Dość długo nie potrafiłam zrozumieć, że ludzie muszą nosić ubrania. Spuszczenie mnie z oka choćby na moment groziło publicznym striptizem. Nieważne, czy w domu, przy gościach, czy w piaskownicy, czy w szkole. W pierwszej klasie podstawówki przenieśli mnie za to do innej klasy, czego sens był wątpliwy, bo i tak wszyscy wiedzieli, co zrobiłam. Wtedy dopiero wstyd opadł na mnie tak wielkim ciężarem, jakim jeszcze parę tygodni wcześniej było poczucie winy. Rozbrzmiewał we mnie tak dobitnie, że dziś nie wyjdę nawet w jednoczęściowym kostiumie kąpielowym na plażę. Co ja mówię: nie założę nawet spódnicy albo szortów przed kolano!
Moja prostoduszna otwartość stanęła pod ogromnym znakiem zapytania. Mając tyle do powiedzenia, nie darzyłam nikogo, ani niczego koniecznym do podzielenia się tą wiedzą zaufaniem. Na szczęście właśnie nauczyłam się czytać i za sprawą Leśmiana poznałam język ościennego, bo wewnętrznego państwa. Poetka narodziła się we mnie wraz z westchnieniem “Biwa, hej!”, po którym prosiłam Króla z Gwiazd, by przybył pokazać nowy świat. Ten nowy świat był i nadal jest jedynym, w którym potrafię żyć, ale niejedynym, w którym muszę.
Nic nie było jeszcze przesądzone. Równie dobrze mogło mi przejść, takie żywiono nadzieje. I może tak by się stało, gdyby nie pewna niespójność, którą też – jak się okazało – dostałam w pakiecie. Jestem pieprzoną estetką i rani mnie świadomość własnej brzydoty. W dzieciństwie jakoś mnie to nie ruszało. Zgodnie z tym, co głoszą bajki, założyłam naiwnie, że jako 19-latka zostanę Miss Polonia 2007. Narysowałam nawet swój roboczy proroczy portret. To jak bardzo tamta wizja rozbiegła się z rzeczywistością przekracza moje nieskromne możliwości twórcze. Będąc Izoldą na szóstkę z minusem (za fatalną interpunkcję), raz za razem przeżywałam śmiertelne odrzucenia (którym oddam należny hołd w osobnym tekście). W normalnej grze dawno straciłabym wszystkie szanse i musiała zaczynać od początku, a tu co? Przechodzę do następnego etapu z coraz cięższym kontem pełnym listów, zdjęć, błędnie odczytanych znaków.